Poprzednie edycje
Relacja Marcina Koseskiego
WaypointRace 2008
Był to prawie zwyczajny sobotni poranek. Jednak na tegorocznych Dniach Pruszkowa miało wydarzyć się coś niezwykłego. Zdradzali to licznie zgromadzeni kolarze. Około godziny 10.00 miał się rozpocząć Waypointrace 2008. Na starcie stawiło się 219 osób, w tym niżej podpisany.
Punktualnie wyruszyliśmy na rundę honorową. Pilotowani przez radiowóz udaliśmy się do Parku im. Potulickich gdzie otrzymaliśmy mapy z zaznaczonymi punktami. Szybkie wyznaczenie trasy, sygnał start i ruszyli…
Postanowiłem jechać wspólnie z Mandim i Filipem. Za pierwszy waypoint obraliśmy kapliczkę w Gołaszewie (punkt nr 10). Nie minęło pół minuty gdy po raz pierwszy zboczyliśmy z wyznaczonej chwilę wcześniej trasy. Tym razem zrobiliśmy to celowo. Do punktu trasa w dużej części wiodła asfaltem. Wrzuciliśmy blaty, prędkość oscylowała wokół 40km/h. Przy kapliczce zameldowaliśmy się kilkunastoosobową grupką. Lampion, podobnie jak na innych waypointach widoczny był z daleka.
Kolejnym punktem jaki planowaliśmy odwiedzić był punkt nr 12 – Samotna topola. Wybraliśmy trasę prowadzącą niedaleko rezerwatu Wolica, a także tajemniczych zbiorników ze ściekami. W takich momentach do nawigacji wystarcza zmysł powonienia. Okolica była mi znana lecz samego punktu (topoli) nie kojarzyłem, szybka konsultacja pozwoliła trafić na miejsce bez trudu. Problemy pojawiły się chwilę później. Mieliśmy zdobyć waypoint nr 1 – mostek kolejowy w Żukowie. Miejsce to już kiedyś odwiedziłem, więc trudno było coś zepsuć… a jednak. Z pod topoli ruszyliśmy za dwoma zawodnikami, którzy mimo nie za dużego tempa jazdy sprawiali wrażenie, że wiedzą którędy jechać. Nie wiadomo po co wyprzedziliśmy ich. Przy pierwszym skrzyżowaniu okazało się, że każdy z nas ma inną koncepcje na trasę do Żukowa. Składając się do zakrętu w prawo usłyszałem za sobą kilka nawoływań: "w lewo". Oczywiście zatrzymaliśmy się żeby ustalić wspólną wersję wydarzeń. Od razu wyprzedzili nas zawodnicy za, którymi wcześniej planowaliśmy jechać. Ruszyliśmy za nimi i do teraz nie wiem czemu skręciliśmy w jakiś "skrót przez pole". Późniejszą trasę do Żukowa ciężko mi opisać. Odwiedzonych przez nas miejscowości też nie wymienię bo wstyd się przyznać. Punkt jednak udało się zdobyć. Prawdopodobnie tam odłączyła się od nas dwójka zawodników. Mimo, że nie byli tutejsi woleli jechać własną trasą. Pożegnali nas słowami: "już was nie lubimy".
Ruszając tym razem w stronę Milanówka w celu odwiedzenia waypointa 4 – Aleja kasztanowa, nasz optymizm był umiarkowany, jednak dno osiągnie dopiero za pewien czas. Rzut oka na mapę – przecież znam to miejsce – po chwili znów pędzimy. Jak się okaże zasada: "nie ważne dokąd ważne, żeby szybko" znów okaże się błędna. Będąc już jakieś 400 metrów od punktu popełniam błąd. Wjeżdżam w otwarta bramę jaką napotykam przed sobą. Wiedziałem, że są to dawne tereny SGGW, jednak byłem pewien że da się przez nie przejechać. Jak zapewne się domyślacie: myliłem się. Jechaliśmy szeroką uliczką z płyt, która pięła się w górę. Po chwili stanąłem jak wryty – droga się skończyła a my znaleźliśmy się na dachu jakiegoś budynku. Jak się później okazało punkt był jakieś 50m od nas. W tym momencie chciałem podziękować współtowarzyszom drogi za niezlinczowanie mnie w owym czasie. Postanowiliśmy wrócić do drogi, którą przyjechaliśmy. Tym razem jednak, jak na złość, trafiliśmy na zamkniętą bramę. Nie było wyjścia - musieliśmy przejść przez płot. Chwilę później odłączył się od nas Filip. Przemilczę opis wydarzeń, które miały miejsce zanim dojechaliśmy do Alei lip. Jednak na miejscu po dłuższym poszukiwaniu spotkaliśmy Filipa, który osiągnął waypoint równo z nami, jednak przyjechał z przeciwnej strony.
Postanowiliśmy pojechać do Kazimierówki na "Pozostałości cmentarza w kępie drzew". Tutaj także nie obyło się bez szukania jednak nie tylko nam ten waypoint sprawiał trudności. Dzięki pomocy któregoś z zawodników oraz starszego pana, który stał w pobliżu punktu i kierował zawodników we właściwą stronę trafiliśmy na miejsce. Spotkaliśmy tam dwóch zawodników, którzy wcześniej nas znielubili. Okazało się, że szukając cmentarza znaleźli przypadkiem waypoint w Żółwinie, na który chwilę później pojechali po raz drugi zabierając nas ze sobą. Od tej chwili już się nie rozłączaliśmy.
W sile pięciu bikerów udaliśmy się do Kopany na Ambonę myśliwską. Tutaj niespodzianka – perforator spadł w krzaki i nie można go znaleźć. W tym miejscu zaczęła mi świtać w głowie, dawno zapomniana myśl, że damy radę zdobyć wszystkie punkty. Kolejnym odwiedzonym przed nas punktem był Dębak – teren jednostki wojskowej. Dzięki znajomości terenu Filip bez problemu doprowadził nas do celu. Odjeżdżając w stronę waypointa 5 - Skrzyżowanie szlaków w Lesie Sękocińskim mijaliśmy teren obozu dla uchodźców, którzy posłużyli nam radą którędy jechać. Po opuszczeniu lasu okazało się, że Filip przebił dwie dętki. Z niewiadomych przyczyn postanowiliśmy ich nie zmieniać tylko dopompować. Od tej pory czekały nas cokilkuminutowe przystanki. Takim sposobem zdobywaliśmy kolejne punkty: Cmentarz w Pęcicach, Staw w Nowej Wsi oraz Lotnisko modelarskie w Parzniewie. Ostatni punkt był obsadzony przed dwie dziewczyny, które z tego miejsca serdecznie pozdrawiam. Mam nadzieję, że nie zaszkodziło im całodniowe smażenie się na słońcu (bo jak wiadomo o cień na lotnisku trudno).
Na mecie zameldowaliśmy się w regulaminowym czasie z kompletem waypointów. Wyścig uważam za w stu procentach udany, serdeczne podziękowania kieruję do organizatorów za stworzenie super wyścigu oraz do wszystkich uczestników, z którymi miałem przyjemność wspólnie pokonywać trudy trasy.
Marcin Koseski
powrót






















