Poprzednie edycje
Relacja Katarzyny Kościołek
WaypointRace 2008
dzieci sypią płatkami róż, kobiety mi zazdroszczą, mężczyżni mdleją na mój widok. ja, pierwsza na mecie! witana przez tłumy, wszyscy klaszczą, wszyscy sie cieszą, jak w amerykańskim filmie, sypią sie gratulacje, nagrody,leje sie szampan... i dzwoni budzik.. 8 rano,pora wstac, obudzic szanowna rodzicielke, sprawdzic rowery,i ruszyc na znicz. ale sen byl ladny. 9.30 ja, rodzicielka,i moje krolicze uszy, zaczynamy robic kariere na zniczu. rodzicielke zaczepiaja mlodzi chlopcy, mnie male dzieci, ach takich uszu to jeszcze nikt nie mial! duze dzieci tez ciesza sie na widok moich uszu.
10, prawie jak spelnienie snu,tlum ludzi, tlum rowerow , co ciekawe, jedynie nasza trojka, ach tak, bo i szanowny mezczyzna moj wlasny osobisty sie pojawil, wiec jedynie nasza trojka na koleczkach cienkich, szosoweczkach.. nie wiedzielismy co nas czeka. start honorowy, na modle mojego snu, kobiety piszcza, mezczyzni trabia;) tlum dziki rozszalaly,wszyscy szczesliwi.. i znow.. nieswiadomi co ich czeka.
dostajemy mapy w dlon, rodzicielka trzyma ja do gory nogami..coz bywa, mezczyzna udaje ze sie zna na mapach (ze udaje,okazalo sie dopiero pare wersow nizej), ja szybko planuje trase, znam okolice, o! pierwszy punkt tuz obok mojego domu! wsiadamy na rowery, prosta droga, w miedzyczasie machamy tatusiowi podelwajacemu ogrod, pozdrawiamy sasiadow i juz jestesmy na pierwszym punkcie.. brzeg stawu, no owszem, ale o ceglach na drodze nikt wspominal. moj rower pozytywnie zdal pierwszy egzamin.. detki w torbie jeszcze troche tam pobeda, na szczescie. z brzegu, odzielamy sie od grupy zawodnikow,i jedziemy przez lake, olsnienie! zapomnielismy o srodkach na kleszcze i komary.. to jest ten moment, gdy chmara komarow upuszcza mi nieco krwi.. dobrze, lzejsza bede szybciej jechac! przechodzimy w niedozwolonym miejscu przez tory, ach to ryzyko!:) szybko na rowery, przez male osiedle domkow (tu znow dzieci ciesza sie na widok moich uszu:)) do nadarzyna. cale szczescie ze jestem przypadkiem osoba potwornie uparta, bo jak bym nie przystawala przy swoim to jechalibysmy na okolo. na zakrecie, moj rower niestety ma mala wpadke.. jestem za ciezka, albo swiat jest przeciwko mnie,od tego czasu, co pol godziny musze poprawiac siodelko, bo sie zapada. ale jestem silna dziewczynka, dam rade!
w lesie nadarzynskim spotykamy grupke chlopakow, ktorzy maja zdecydowanie bardziej przystosowane rowery, do warunkow. przez krzaki, duzo krzakow, przez pokrzywy,i druty kolczaste, dojechalismy do muru.. poludniowy wschod.. tak, 5 mezczyzn, zaden nie wie ktora to strona, kobiety(my dwie) mowimy ze trzeba w lewo, panowie mowia ze trzeba w prawo.. coz, pojechalysmy za wiekszoscia.. durne baby! oczywiscie, nikt chyba nie ma watpliwosci,ze my mialysmy racje. znow kilka minut na walczenie z piachem (moje cieniutkie, najciensze w towarzystwie opoy niezle daja sobie rade.. gorzej ze mna!:))
wpisujemy godzine, dziurkujemy... nagle z lasu dochodzi krzyk, i okazalo sie ze nikt z nas nie mial racji,ani w prawo ani w lewo! trzeba bylo przez mur i prosto! odwazny czlowiek, ale go pewnie pogryzlo cos.. napewno go cos pogryzlo.
i tu zaczyna sie nasza tragedia, od muru w prawo, przez piach, radze sobie,ale co raz gorzej, przysiegam ze do przyszlego roku kupie sobie rower na baaaardzo szerokich oponach, dojezdzamy do skrzyzowania. znow, ja mowie w prawo, rodzicielka znow, trzyma mape do gory nogami, twierdzac ze niewazne jak,bo ona i tak bez okularow nie widzi, a luby, jak zwykle, twierdzi ze nie mam zupelnie racji. na szczescie moja wiara w sama siebie, jeszcze nie podupadla, jedziemy w prawo, i slusznie. przez las, z odrobina asfaltu na drodze ( a u mnie w miescie, jeszcze nie zrobili asfaltu,tylko po zwize musze jezdzic! a prosze, gmina obok,i asfalt nawet w lesie!:)) kolejne skrzyzowanie, ja mowie w lewo, wszyscy nas mijaja jada prosto, ja mowie w lewo, luby w prawo, rodzicielka krzyczy zeby jechac za wszystkimi.. slonce zaswiecilo mi w oczy, jak potwor jakis conajmniej, wyssalo ze mnie pewnosc siebie.. zgodzilam sie jechac prosto... potem w prawo, potem w lewo... a potem powinnismy w prawo. ja juz zagubiona, mapa zaczela sie przedzierac, podly los przeciwko nam!:). ktos nas mija,i krzyczy ze za ziemniakami w prawo! to jade, znajde te ziemniaki..tylko.. jak one wygladaja? sa!! poznalam zimniaki!:D za ziemniakami skrecilam w prawo, wyjechalam na droge..tylko nie ta, na ktora powinnam, moi wspoltowazysze sie zgubili. godzina z glowy. po dokladnym przestudiowaniu mapy,okazalo sie ze jestesmy w zlym miejscu, no to znow, na okolo, caly las, wrocilismy do miejsca wyjscia.. znalzlismy punkt ktorego nie szukalismy. ambona. droga potworna, znowu cegly, druty, beton. wzdluz drogi gorale wymieniaja detki,a moje oponki, daja rade! zaczarowane! jak nic.
z pkt.11 jedziemy na dwojke.. miejsce przy drodze.. szukaj wiatru w polu.. jedziemy, jedziemy, jedziemy, jedziemy, nima, na szczescie dobiegly nas krzyki, to tu!! i rzeczywiscie, wydeptana trawa, a gdzies na w drzewach kilka osob. z dwojki, prosta droga.. do sklepu. zapasy wody sie skonczyly, a obiecanych punktow z zywa obsluga jak nie bylo,tak nie ma:) w sklepie odpoczywamy, nie tylko my:)calkiem tlumnie sie zrobilo, za chwile ruszamy na cmentarz w drzewach.. kazimierowka, ta okolice znam wzglednie dobrze, juz mialam dzwonic po brata, ktory mieszka niedaleko,zeby robil za zywa obsluge,i mi wode przywiozl, ciasteczka jakies. ale jakos dalam rade. jedziemy przez kazimierowke, zatrzymal nas tubylec, mowi zeby skrecic w prawo, w straszny piach,ale coz, nie takie rzeczy juz dzis robilam,moge i przez kawalek piachu jechac. tubylec sie usmiecha,a my sie meczymy... na miejscu jest kilka osob, smiejacych sie z nas szczerze i radosnie.. tak, tubylec mial rozrywke, sprawdzanie kto nie da rady zwale piachu.. bo oczywiscie, do cmentarza mozna bylo dojechac.. asfaltem. wszyscy radosni mamy chwile przerwy, na zdjecie butow,i poczucie trawy pdo stopami. przed nami ostatni punkt, aleja kasztanowa. zgubila nas znajomosc terenow, pewni lokalizacji tej aleji, jedziemy w ciemno.. mocno sie zdziwilismy gdy droga sie skonczyla, a kasztanow nie bylo.. na szczescie droga byla krotka, ale jakies 10minut znow mamy w plecy. wlasciwie nie ma co juz liczyc czasu, bedziemy pewnie ostatni. wazne ze dobrze sie bawimy!
zawrocilismy, nieco niepewni, czy dobrze jedziemy dotarlismy do alei kasztanow... coz, ladnie to ona nie wygladala, ale nie mnie oceniac. na punkcie spotkalismy dziewczyny z poprzedniego punktu.tu znow 2 minuty odpoczynku.. rodzicielka traci juz sily,ale i tak ja podziwiamy,ze dala rade!
aleja byla naszym ostatnim punktem, wracamy do pruszkowa przez brwinow. po drodze, mijamy punkt z zywa obsluga, gdzies w polu, strasznie wieje, jak to zwykle bywa nie w ta strone w ktora powinno. rezygnujemy wiec z odwiedzenia dodatkowego punktu,i jedziemy prosto na znicz.
luby pierwszy, ja po srodku,i biedna rodzicielka daaaleko za nami. juz w pruszkowie, luby oddziela sie od nas, zeby chociaz minute przewagi miec.. los sie zemscil, bo swoja glowa pruszkowski znak przestawil, na szczescie mial kask! (a twierdzil ze kaski sie nie przydaja;>) koniec koncow na mete dojezdzamy wspolnie. kilka zdjec, dostalismy certyfikaty... i stracilam kontakt z rzeczywistoscia. przywitalam sie z trawnikiem,i spedzilam z nim dobre pol godziny, do momentu gdy okazalo sie ze moje plecy przypominaja raka, we wrzatku. bolalo, moja glupota najbardziej.
po calym dniu zglodnialam, marzylam o frytkach, nadal wlasciwie o nich marze, ani wtedy, ani teraz nie mogly mi zadne wpasc w rece, wszystkie zaginely w niewyjasnionych okolicznosciach.
nauczka na przyszly rok, jade sama(chociaz w trojke bylo zabawnie.. dobrze, to nie jade sama,ale tylko JA MAM RACJE:)), smaruje plecy gruba warstwa kremu do opalania, i kupuje lepsze siodelko. ale co by nie bylo, takiej zabawy nie odpuszcze! bylo wspaniale.
Katarzyna Kościołek
powrót






















