Poprzednie edycje
Relacja Katarzyny Kościołek
WaypointRace 2009
6 rano. Oczy szeroko otwarte.
Bo w tym roku już wiedziałam co mnie czeka.
Jak dziecko w mikołajki, obudziłam się podekscytowana tym co mnie spotka - czy będzie ktoś znajomy? jak będzie wyglądała trasa? jak mi pójdzie, a nóż wygram? (no dobra, to już była przesada, ale przecież marzyć sobie mogłam).
Czas jakoś mijał na rozmyślaniach, gdy usłyszałam na dole prysznic – znaczy, że stała towarzyszka rowerowa się szykuje. O 8 rano byłyśmy już gotowe do wyjścia... tzn. ja byłam gotowa do wyjścia z rowerem, mamusia gotowa do wyjścia… na papierosa.
Po wszystkich genialnych teoriach mojego ojca, odnośnie rozpadających się opon w rowerze mojej matki, udało się owe opony (dętki?:)) napompować, i o 9 z minutami ruszyłyśmy na Znicz. Ciągle jeszcze zdawało mi się, że skoro to dzień wyścigu, to pogoda NA PEWNO będzie taka jak w zeszłym roku, i obawiałam się bardziej spalonych ramion i upału niż deszczu (który mogły zapowiadać te kłębiące się chmury). Za namową wcześniej wspomnianego tatusia ubrałyśmy się jednak ciepło, w bluzy, kurtki, chustki, wzięłam nawet kurtkę przeciw-deszczową! (wtedy wydawało mi się, że jest kompletnie zbędna).
Droga na Znicz była krótka, ale oddawała już klimat wyścigu, gdy z każdej bocznej uliczki wyjeżdżali rowerzyści, a wszyscy razem (wyprzedzając się co chwilę) kierowaliśmy się na stadion.
Pakieciki w dłoń, z lekkim opóźnieniem, bo oczywiście miał je drugi stały towarzysz rowerowy, czyli Kuba, który jak zwykle, pojawia się ostatni.
Przejazd na start właściwy, ha! ulubiona część wyścigu mojej mamy, i moja trochę też. Ku naszej radości trasa przejazdu była dłuższa niż zeszłoroczna, mogłyśmy pięknie się uśmiechać i odmachiwać dzieciom, była też chwila na plotkowanie;).
Na starcie właściwym przywitało nas słońce, byłam więc pewna, że pogoda będzie doskonała do końca dnia, rozebrałam się nawet nieco.. i zrobiłam zdjęcia! tak! naprawiłam zeszłoroczny błąd i zabrałam aparat (co z resztą okazało się tegorocznym błędem... ).
Ale najważniejsze, szybko złapałam mapę, chyba mniejsza niż zeszłoroczna, i dobrze! Doskonale wpasowała się w mój ręcznie robiony mapnik! doskonale trzymający się na sznurku! Tak, to ja, pomysłowy Dobromir!
Trasa, trasa, jak zwykle, ja mówię w prawo, oni mówią w lewo. Koniec końców musi przecież stanąć na moim! Szybko ustaliłam, że jedziemy najpierw do Suchego lasu, ambona na skraju lasu.. hmmm, znam te okolice od lat, i w życiu nie widziałam żadnej ambony, ale w końcu jak będę szukać to znajdę… chwila na rozmowy, zdjęcia… i nagle, jak grom z jasnego nieba (tak tak! na starcie niebo było prawie jasne!.. albo chciałam żeby tak było)… Kuba ma olśnienie! wie gdzie jest ta ambona!
Nadeszła chwila startu, ja powoli, mamusia wyrwała do przodu, żeby chwilę potem opaść już z sił. Na starcie usłyszałam tylko w tle: "oo królicze uszy!", na co ucieszyłam się niezmiernie, bo oznaczało to, że warto było taszczyć kask ze sobą;)
Do Suchego lasu pojechaliśmy sobie spokojnie, moim skrótami, zajęło nam stosunkowo niedużo czasu, ale mamusia już padała nam z wycieńczenia… przecież jej nie zostawimy! z resztą, wstyd gdyby się poddała:), zwolniliśmy więc nieco, i dotarliśmy do skraju lasu.. gdzie była ambona… oczywiście ta, którą Kuba miał na myśli, i kompletnie nie ta, którą mapa miała na myśli! jak zwykle:).
Na drodze przez las spotkaliśmy całkiem sporo osób, mamusia nawiązała znajomości, ja się podbudowałam, że pan na bardziej przystosowanym rowerze dyszał nawet bardziej niż ja! (nie muszę przecież się przyznawać, nawet przed sobą, że pan przejechał już dwa inne punkty).
Ku mojemu zdziwieniu, suchy las okazał się być lasem ambon myśliwskich, i tak od jednej, do drugiej, po błocie i wodzie.. W międzyczasie zagubiła się mamusia sierotka, by odnaleźć się 15 minut później, dzięki czemu, przy właściwej już ambonie, robiłam za znak drogowy (czekając na mamusię) - w tym miejscu pozdrawiam wszystkich tych, którzy patrząc na ambonę, i kolejkę pod nią, pytali mnie "czy to tu", dzięki temu, czułam się potrzebna!
Gdy mamusia razem z naszymi kartami dotarła, gdy Kuba wspiął się na ambonę, i zdobył dziurki w kartce (robiąc przy okazji panoramy okolicy, i drocząc się z nami), przed nami była już prosta i przyjemna droga, do Walendowa.
W Walendowie, przy drodze, ku mojej radości, stały dzieci, witające nas z wielkimi uśmiechami, machające i mówiące grzecznie "dzieńdobry", a kawałeczek za dziećmi miał być punkt nr 1.
Miał być…
Jak dojechałam, znalazłam tam jedynie grupkę rowerzystów, z nieco zagubionym Kubą na czele… a gęstwiny krzaków jak nie było tak nima, a właściwie - jak były tak były, tylko nikt nie mógł znaleźć tych konkretnych… i tak! to jest ten moment, w którym ogłaszam się królową wyścigu! bo z tego zagubionego tłumu ja jedna znalazłam poszukiwany punkt, a wszyscy inni mym śladem poszli! o! - po czym zostałam skwitowana tekstem, że koniec końców każdy by ten punkt znalazł… ale to powinnam chyba przemilczeć.
Przed nami miał być kolejny punkt, punkt numer trzy, czyli dom w Starej Wsi...
Do Nadarzyna dojechaliśmy w lekko padającym deszczyku, który "przecież na pewno zaraz przestanie", w centrum Nadarzyna lekko zaczynało… lać. Pełni nadziei, zamiast skręcić w prawo, w stronę domu, pojechaliśmy jednak w lewo, w stronę Starej Wsi.
Już po 2 minutach deszcz tworzył ścianę, po 5 minutach droga stała się rzeką, po 10 minutach moje ubranie stało się rzeką (a może oceanem?), jednak to jeszcze nie był moment zwątpienia.
Ustaliliśmy jednak, chroniąc się przez chwilę pod starym kasztanem, że ominiemy jeden punkt, w Stawisku, w końcowym efekcie zaliczając tylko 5 z 6 waypointów.
W Starej Wsi, dosyć szybko dotarliśmy do ruin domku (dziwne, bo punkt był naprawdę nieźle ukryty… w tym deszczu). Wyciągnęliśmy karty, rozkleiliśmy je ile się dało, i staraliśmy się zrobić dziurki. Chwila przerwy pod krzakami na wylanie wody z butów, plecaków, kieszeni...
Ponieważ mapa Kuby przestała istnieć, mapa mamy gdzieś być może była, a mapa w moim genialnym mapniku traciła już swój, hmm, "koloryt", ustaliłam, że jedziemy drogą może nie krótką i wygodną, ale prostą, i poszukujemy czerwonego szlaku, a potem… jakoś to będzie.
Przez błota, nie mówiłam przecież, że będzie łatwo, przez błota więc, powoli, ale poruszaliśmy się do przodu. W połowie drogi błota zmieniły się w rwące potoki, a mój rower przemianował się chyba na kajak, bo przez wodę jechało mu się o wiele lepiej (czego nie można powiedzieć o mamusi).
Mimo wszystko nie byłam już tak dzielną dziewczynką jak kiedyś, zaczęłam tracić energię, zapał i zdolność myślenia (o zdolności widzenia nawet nie wspomnę).
W chwili załamania stwierdziłam: "dziękuję nie jadę", co natychmiast wykorzystali moi towarzysze, stwierdzając, że dwa punkty "po drodze" też sobie darujemy, i jedziemy prosto pod ciepły prysznic!
Do Otrębus dojechaliśmy wspólnie, w Otrębusach mama się odłączyła, stwierdzając, że wróci własnym tempem (podziwiam ją, że nie wsiadła do wkd, mimo że akurat kolejka podjechała i ktoś z wyścigu w nią wsiadał, więc wstydu by nie było;)).
W okolicach Nowej Wsi, wszystko było mi już absolutnie obojętne, wpadłam więc w górę piachu, ogromną wodę, z bólem serca minęłam swój dom, żeby dojechać na tor… żeby chociaż… certyfikat dostać!:))
Po ciepłym prysznicu w domu, chwilę po tym jak zawinęłam się w koc, z ciepłą herbatą w ręku… wyszło słońce… i gdyby nie to, że oddaliśmy karty, byłabym skłonna zaliczyć te 3 punkty, które ominęłam.
W przyszłym roku… w przyszłym roku też pojadę:) nawet jakby miał padać śnieg! tylko mamusi trzeba towarzystwo znaleźć:)
Katarzyna Kościołek
powrót






















