Relacje

Poprzednie edycje

Relacja Michała Bielińskiego

WaypointRace 2009

"No to po wyścigu"...
...pomyślałem podnosząc korbę z asfaltu. Takim właśnie nieplanowanym przystankiem podczas przejazdu honorowego zaczęła się moja przygoda z Waypointrace 2009 jak i ogólnie z rajdami na orientację.

Do udziału w rajdzie namówił mnie brat i raczej nie miał trudnego zadania. Od jakiegoś czasu bierzemy udział w Waypointgame, więc start w Waypointrace 2009 był niejako naturalnym wydarzeniem. Biorąc pod uwagę moje przygotowanie kondycyjne (a raczej całkowity jego brak :) zdecydowałem się na start w kategori FAN. Jak się później okazało był to dobry wybór, zważywszy, że warunki pogodowe dodatkowo utrudniały sprawę. Nie zakładałem żadnych spektakularnych osiągnięć licząc po prostu na dobrą zabawę i walkę z własnymi słabościami...

...tymczasem na samym początku, w zasadzie jeszcze przed właściwym startem zawiódł sprzęt i przyznam, że nie nastroiło mnie to zbyt optymistycznie. Przez chwilę nawet, po szybkim sprawdzeniu zawartości plecaka i upewnieniu się że mam ze sobą wszelkie rozmiary kluczy oprócz tego potrzebnego, przeklętego klucza do korby, myślałem, że mój udział w imprezie właśnie się zakończył. Ale od czego jest brat?! Już za trzy minuty goniliśmy przez park na miejsce startu ostrego, gdzie jako jedni z ostatnich otrzymaliśmy mapy. "Uff" - westchnąłem -  "Zatem bawimy się dalej".

Następny etap to pewnie najbardziej (nie bójmy się tego słowa) podniecająca chwila w tego typu rajdach. Narady, strategie, plany wygłaszane półgłosem, tak by nie ułatwiać zadania konkurencyjnym grupom i zbliżający się nieubłaganie moment właściwego startu... Ustaliłem, że moja trasa będzie przebiegać kolejno przez punkty: 11, 4, 5, 2, 8, 12. Trasa brata, z racji startu w kategorii PRO była nieco inna, więc za chwilę musiałem zacząć radzić sobie sam.

3..2..1..Poszli!
Wygląda na to, że większość wybrała 11 na swój pierwszy punkt. Na początku nieco tłoczno; spora grupa rowerów powoduje niemałe zamieszanie na pruszkowskich ulicach. Rowerzyści zdominowali drogi, uliczki osiedlowe jak i chodniki. Podążają w kierunku Parzniewa. Jadę już kilka minut, jestem coraz bliżej pierwszego celu. Wśród jadących wyraźnie widać dwa obozy: "przełajowców", którym nie straszna jest jazda na azymut przez żyto, jak i tych, którzy bardziej optymalnie planują drogę do punktu. Jadę za tymi pierwszymi, co mi tam :) Na tym etapie jedzie tylu uczestników, że odnalezienie punktu będzie formalnością. Jestem już przy opisanej kępie drzew. Rowery leżą wszędzie dookoła. Ich właściciele penetrują zagajnik i co chwila dobiegają mnie ich zawołania. Z pewnej strony słychać bardziej optymistyczne głosy. "Tam musi być jakaś cywilizacja" - pomyślałem biegnąc w tamtym kierunku. Po chwlili wracałem już z "odbitą" kartą z powrotem dosiąść roweru. Dobrze, że nie pakowałem się z rowerem w krzaki- jeden z uczestników siedząc pod lampionem właśnie zmieniał dętkę, a drugi już pompował koło. "Na szczęście jeszcze nie moja pora" - ucieszyłem się jednoczesnie dochodząc do wniosku, że zabranie dwóch zapasowych dętek wcale nie było głupim pomysłem.

Do Turczynka!
Z 11 szybko ruszam drogą wzdłuż płotu z drutem kolczastym. Dojeżdzam do asfaltu, skręcam w lewo i po chwili intensywnego pedałowania mijam stację PKP w Brwinowie. Na rondzie podążam w kierunku Milanówka i leżącego na granicy Podkowy Leśnej Turczynka. Podejrzewam, że "tym" budynkiem może być dawny szpital - przydaje się doświadczenie z Waypointgame, jak i lektura blogów współuczestników tej gry :) Na miejscu nakrywam dwóch ludzi perforujących swoje karty po czym sam dołączam do grona zdobywców punktu nr 4. Zawracam najkrótszą drogą do asfaltu i niestety po drobnym nieporozumieniu przy wyjeździe z terenu szpitala chwilowo ląduję na ziemi. Na szczęście nic poważnego się nie stało (pozdrawiam Panią która wykazała zainteresowanie moim upadkiem :). Jadę dalej...

Przez Podkowę!
Do punktu nr 5 jadę Aleją Kasztanową prowadzącą do rezewatu im. Bolesława Hryniewieckiego. Żółty szlak prowadzi mnie na sam szczyt wzniesiena, na którym znajduje się chyba najłatwiejszy do odnalezienia punkt całego wyścigu. Perforator w ruch, później szybki rzut oka na mapę i na zegarek... póki co sprawnie mi idzie. Oby tak dalej.

Jadę do dwójki!
Zawracam do czerwonego szlaku i podążam w kierunku następnego punktu. Jednak pierwsze zmęczenie zaczyna dawać znać o sobie. Jak wspomniałem na początku - zupełny brak kondycji spowodował spadek tempa. Króciutki postój połączony z uzupełnieniem węglowodanów poprawił nieco sytuację, ale nadal jadę powoli.
Do punktu nr 2 docieram trochę później niż zakładałem. Mimo to bardzo szybko znajduję punkt i witany przez przyjemnego psiaka pilnującego, aby nikt nie ukradł perforatora, odbijam kartę.

Aby dalej!
Zdaje się, że za szybko wyruszyłem z tego punktu. Nie wiedzieć czemu postanowiłem nadal trzymać się czerwonego szlaku, co dzisiaj z perspektywy czasu oceniam jako błąd. Do punktu nr 8 dużo szybciej dojechałbym przez Strzeniówkę, a nie leśne ścieżki. Tym bardziej, że na pewnym odcinku spotkała mnie nie lada niespodzianka. Otóż po owej ścieżce przechadzkę urządzała sobie locha z warchlakami w liczbie sztuk sześciu i na mój widok początkowo rzuciła się do ucieczki. Problem w tym, że cały czas uciekała ścieżką i mimo tego, że jechałem wolno, odległość między mną a stadkiem wynosiła cały czas ok. 100m. Niestety, w pewnym momencie locha zrozumiała, że ma przewagę zarówno liczebną jak i wagową, toteż postanowiła się zatrzymać i pokazać kto tu rządzi. Rad, nie rad, wolałem zawrócić niż sprawdzać na własnej skórze jaką najwyższą prędkość jestem w stanie osiągnąć... Objechałem towarzystwo najbliższymi ścieżkami i ponownie skierowałem się w stronę "Ambony myśliwskiej na skraju lasu".

Dalsza droga upłynęła pod znakiem poznawania wszystkich możliwych kolorów błota. Właśnie zaczęło konkretnie padać. Po pewnym czasie po lewej stronie po drugiej stronie polany dostrzegłem ambonę, więc skręciłem w najbliższy szlak w jej kierunku. Niestety, to nie była ta ambona, o czym zapewniła mnie dwójka siedzących w niej ludzi (czyżby zapowiadani "sędziowe na wysokościach"?). W pobliżu znajdowała się kolejna, która również okazała się być pudłem. Szkoda tylko, że specjalnie dla niej zaryzykowałem przekroczenie rowu melioracyjnego - oczywiście z wiadomym skutkiem w postaci totalnie przemoczonych butów. W zasadzie w tym momencie pojawił się pierwszy poważny kryzys i chęć odpuszczenia. Ale za chwilę zaczęło padać tak intensywnie, że przemoczony byłem już cały i w zasadzie przestało robić mi to różnicę, czy jadę do następnego punktu, czy do mety. Ktoś po drodze wspominał o niebieskim szlaku - że niby z niego da się skręcić do właściwej ambony. Przyznam szczerze, próbowałem chyba 4 zjazdów i każdy z nich wyprowadzał mnie na manowce. Lało okropnie. Jedyny sens zmiany polara na ortalionową kurtkę był taki, że ten pierwszy po nasiąknięciu ważył dużo więcej. Zrobiłem jeszcze jedną pętlę, tym razem skręcając na sąsiednią polanę. Jakaś postać zamajaczyła na horyzoncie. "No nareszcie" - pomyślałem. Na odnalezienie ambony straciłem około 30 minut i przyznam, że dla mnie był to najtrudniejszy punkt do zlokalizowania. To z racji innych, mylących ambon w poblizu, kryzysu, a także faktu, że po tej polanie bardzo słabo dało się już jechać.

Na ostatni waypoint!

Po zmaganiach z błotem na łące przyszło mi się zmierzyć z największą ilością kałuż w całym wyścigu. Tak właśnie wyglądał szlak niebieski do Suchego Lasu. Przy wyjeździe z lasu można było podziwiać nawet niemalże górski potok w jaki zamieniła się jakaś mała, zapewne zwykle spokojna rzeczka. Tutaj też zaczął szwankować mi napęd. Doraźne płukanie wodą z kałuży pomogło na tyle, że dało się dalej jechać. Rzut oka na mapę... zaraz zaraz... czy ta kulka papieru to moja mapa? Niestety tak. Rozwinąłem powoli, ale o jakiejkolwiek dalszej nawigacji nie mogło być mowy. Pojechałem na pamięć i... udało się. Zobaczyłem grupę jadącą z przeciwka spod sokołowskiego "samotnego drzewa". Przedziurkowanie przemoczonej karty tak by jej nie uszkodzić było trudną operacją, ale zapisanie na niej godziny odwiedzenia tego ostatniego punktu było po prostu niewykonalne. Jeśli trzeba podaję: byłem tam o 13:40 :) Później już tylko sam asfalt i meta. Ostatni odcinek pokonywałem z prędkością 20 km/h i było to wszystko na co było mnie stać tego dnia...

Według licznika przejechałem 47 km. Chociaż nie mam co porównywać się do zwycięzcy kategorii FAN, to jednak cieszę się, że udało mi się ukończyć wyścig zaliczając wszystkie waypointy. Sprawiło mi to dużą satysfakcję, tym bardziej, że wielu uczestników zrezygnowało. Udział w Waypointgame ułatwił mi nawigację, przewidywanie zamysłu organizatorów i szybkie odnajdywanie punktów. Na pewno muszę popracować nad bardziej optymalnym planowaniem trasy :)

Dla mnie, jako debiutanta, cała impreza przygotowana była wzorcowo. Skoro organizatorzy zapowiadają już Waypointrace 2010, ja również mogę zapowiedzieć swój udział w przyszłym roku :) Na pewno pogoda będzie lepsza. Mam sporo czasu na przygotowanie kondycyjne. Kto wie? Może wystartuję w kategorii PRO?

Michał Bieliński

P.S. Tę nieszczęsną korbę przykręcałem podczas wyścigu jeszcze 4 razy. Dętki na szczęście się nie przydały :)

powrót

Wystartowało

495
Zawodniczek i Zawodników
Zobacz wyniki

Facebook

Puchar Polski

Wyścig w kategorii PRO wchodzi w skład:
Puchar Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację
Powered by ENo