Poprzednie edycje
Relacja Urszuli Wojciechowskiej
WaypointRace 2009
Błękitna chabeta
Stoimy na okazałym trawniku, można by rzec - niczym rycerze na błoniach przed turniejem. Każdy z rumakiem, w barwach swego teamu, w hełmie, to znaczy - kasku. Mapki już rozdane, marszruty obmyślone, wstępne sojusze zawarte. Niektórzy w samotności, inni w małych grupkach walczyć będą z dystansem, szukać punktów przemyślnie ukrytych przed wzrokiem postronnych. Z prawej strony mam Monikę, z lewej groźne konkurentki - Agnieszkę i Hanię z Posnetu. Rumak mój, Błękitny Płomień, już tylko w nazwie kryje dawną świetność. Pomimo stałych przeszczepów rozmaitych części, a to linek, a to zębatek, a to gripów, opon, i czego tam jeszcze, a nawet zmiany siodła, to już tylko wierna stara szkapa, z którą żal się rozstać, lecz niestety coraz trudniej zmusić do posłuszeństwa.
Polem szerokim...
Sygnał startu przerywa ponure rozmyślania - o deszczu, który spadnie, o rowerze, o pułapkach nawigacyjnych. Podobnie jak rok temu, porywa mnie fala rowerzystów pędzących na najbliższy punkt. Wpadamy w krzaki, mam nadzieję, że Monika jest gdzieś tuż za mną. Spotykamy się przy punkcie, ale uciekam stąd jak najszybciej, bo już zbiera się tłum.Krzyczę tylko do Moniki - tu rozchodzą się nasze trasy i spotkamy się dopiero na mecie. Pierwsze punkty to szybkie asfalty, niestrudzenie gonię ekipę Nocnego Roweru, aż do "czwórki" - potem zaczynam długi samotny przelot na południe. Z pociemniałego nieba nagle zaczyna padać. I to nie jakiś tam deszczyk - regularna ulewa, z okazałymi bąblami na kałużach. Mam tylko koszulkę i rękawki, nie wzięłam nawet kurtki, bo przecież to krótki wyścig. Jest ciepło, mówię sobie, jest +15 st. (?), a to przecież nawet bardzo ciepło, prawie upał. Nie pada śnieg, nie ma mrozu, póki jadę, jest ciepło, więc jadę.
Karta
Przez zaparowane i zachlapane okulary widzę błotnistą drogę, ale innej nie ma, więc ogarnia mnie obojętność. Trzeba tylko pilnować, żeby nie wjechać do zbyt głębokiej kałuży, żeby nie zarzuciło gdzieś kołem i jechać szybko, bo im szybciej się pojedzie, tym krócej będzie się moknąć (nie tylko na tej drodze, w myśl takiej prywatnej "mini-prawdy" życiowej). Na skrzyżowaniu zaczynam się wahać, a żeby cokolwiek zobaczyć na mapie muszę co chwilę przecierać mapnik rękawem. Nawiązuję znajomość z Pawłem, który nadjeżdża z naprzeciwka i razem szukamy "dziewiątki". Błąkamy się bez sensu po mokrym lesie, w którym przybywa błota i wody, tak jakby ta pogoda odbierała nam zdolność logicznego myślenia. Sprawdzamy po kolei oddziałówki, ich zakończenia, ślepe ścieżki. Gdy potem myślę o tym, jestem zła na siebie, a nawet się czerwienię z powodu tak kiepskiej, nerwowej i chaotycznej nawigacji, a właściwie jej braku. Już jestem gotowa oskarżyć budowniczych trasy, że mapa nie zgadza się z terenem, że jest zły opis, albo że ukradziono lampion, a więc wszystkie plagi, jakie w takiej sytuacji przychodzą do głowy biednemu, oszukanemu orientaliście. Oszukanemu, dodajmy, przez własną pewność siebie i brak pokory wobec tej potęgi, zwanej kartografią. W końcu znajduję "dziewiątkę" gdzieś w krzakach i oddaję honor organizatorom (i proszę - nawet zgadza się z mapą...), lecz gdy wyjmuję kartę, zastanawiam się, co ja będę podbijać na kolejnych punktach. Karta rozłazi się w rękach. Paweł w podobny sposób traci mapę z powodu deszczu. To znaczy - mapa jest, ale nie da rady jej rozłożyć, a rysunek zaczął się zacierać. Dalej ruszamy razem. Momentami jest mi wszystko jedno, trudno, zdyskwalifikują mnie za brak karty (folia już niewiele pomoże), za brak wpisanych godzin (zapisuję je na mapie), za przekroczenie limitu (nierówna walka z mijającymi minutami). A potem przekora bierze górę - przyjechałam znaleźć te cholerne punkty, więc je znajdę, nawet gdybym robiła to tylko dla siebie. Straciliśmy mnóstwo czasu, nadrabiamy na szosach, wyprzedzają nas ciężarówki, spod kół chlapie woda jak z fontanny.
Kurtka
Czasem jedziemy wolniej, choćby do tego punktu przy mrowisku, i w takich momentach robi się zimniej. Deszcz nie ustaje i zastanawiam się, kiedy rower odmówi posłuszeństwa. W mojej głowie pojawiają się zdradliwe myśli, żeby się wycofać, żeby pojechać prosto do Pruszkowa (zamiast trasy idącej jeszcze zygzakiem przez pozostałe punkty w myśl krajoznawczych założeń wyścigu). Zaliczyliśmy najbardziej oddalony waypoint, została nam połowa trasy. Nie wiem zresztą, ile przejechałam. Celowo ustawiłam licznik tak, że pokazuje tylko godziny. Nie chcę widzieć kilometrów. Paweł ma w plecaku kurtkę, której nie założył. Nieśmiało pytam, czy nie mogłabym jej pożyczyć - wyjmuje tę ostatnią deskę ratunku na kolejnym punkcie - kurtka jest co prawda mokra, bo plecak przemókł jak wszystko, ale i tak jest w niej zdecydowanie cieplej. Otrzymuję zgodę na dalsze moczenie i faflanie kurtki w błocie.
Mój rower zadziwia mnie - pozytywnie (dopiero na drugi dzień odkryję wygięte szprychy, a Błażej, najlepszy mechanik na świecie - skręconą kierownicę i wygiętą przerzutkę). Po przejechaniu tylu kałuż po ośki powinien zacząć swój tradycyjny koncert pisków i jęków. Tymczasem śmiga wciąż całkiem sprawnie i myślę sobie, że to zachwalane zielone smarowidło jest jednak całkiem, całkiem. O tak, nic tak nie podnosi na duchu jak sprawny rower, odpowiednia odzież oraz rodzynkowo-czekoladowy baton, który udało mi się zjeść prawie bez błota!
Niczym koniki
Paweł okazuje się nie tylko dobrym aniołem stróżem wyposażonym w niepotrzebne, nadprogramowe ubrania, nie tylko towarzyszem śmiejącym się z deszczu i błota, któremu niestraszny (na razie) skromny czasowy limit i szalony dystans przed nami. Teraz Paweł zabiera się za nawigacyjne rzemiosło. Zapodaje autorski wariant, jest prawie tubylcem, więc wie co robi. Chociaż przyznaję, że z początku czuję się niepewnie tracąc nagle wątek na mapie. W ten sposób jednak ruchem konika szachowego i dobrymi drogami przejeżdżamy przez Podkowę. Szlak w lesie zalany - można by powiedzieć - po brzegi. Chyba jeszcze czegoś takiego nie widziałam, możnaby tu pływać jakimś małym pontonem (no tak, trochę może przesadziłam, ale zwierzęta wielkości wiewiórek spokojnie mogłyby się przepłynąć pontonem dostosowanym do swoich rozmiarów). Za Strzeniówką z kolei zaczyna się mój teren i dojechanie do Walendowa jest tylko kwestią czasu.
No właśnie - czas! Zaczyna nas niepokoić coraz bardziej... Do Walendowa przybywamy równo godzinę przed limitem! Co będzie dalej? Jak szybko będziemy jechali przez las, którym prowadzi dalsza droga? Czy nie stracimy znów cennych minut na szukanie ambony z punktem? Wszystkie te myśli kołaczą się po głowie, gdy przecinamy Szosę Katowicką. Paweł jest znakomitym towarzyszem - już nie mówimy o wycofie, mówimy tylko o tym, żeby zdążyć. Niestety nie umiem tak szybko jak on jechać w głębokiej, kleistej mazi, w którą zamieniła się droga. Pod amboną, do której docieramy wraz ze sporą grupką przybyłą z północy, droga to właściwie małe bagienko, w którym prawie ląduję. Jeszcze trochę taplania i w końcu zbawczy asfalt. Lecz nie czas na piknik i wycieczkę, o tym jak krucho stoimy z czasem niech świadczy fakt, że do ostatniego punktu docieramy na kwadrans przed limitem!
Do mety zostało tylko kilka kilometrów. Tutaj już dajemy z siebie wszystko, a raczej to, co nam zostało w nogach. Jestem mokra i głodna. Wprawdzie deszcz w końcu ustał, ale nie zrobiło się ani cieplej, ani suszej na drogach. Tempo trzymam tylko dlatego, że wiem, że to już końcówka i bliski jest moment zjedzenia zachomikowanego banana, założenia suchego polaru oraz porzucenia tych obleśnych, zabłoconych ciuchów, jak również leżenia i nic nie robienia
Pruszków jest nasz!
Wjeżdżamy do miasta od strony Pęcic, już mijamy pierwsze domy, już naszym oczom ukazuje się wiadukt, a przed nim skrzyżowanie, na którym skręcimy w prawo, prosto na metę. Nie patrzę na mój licznik-zegar, bo i tak jest źle ustawiony, o jakieś 5 minut. Patrzę natomiast przed siebie - i co widzę? Oto z wiaduktu zjeżdża trzyosobowa grupka, w której rozpoznaję dziewczyny z Posnetu! Mają tak charakterystyczne niebiesko-czerwone koszulki, że nawet z tej odległości mam pewność. Skręcamy. Krzyczę do Pawła i podkręcam tempo. Gdy wpadam za bramę Toru Kolarskiego, nerwowo rozglądam się, gdzie dokładnie znajduje się meta. Jest! Widzę namiot w paski, to musi być tam, ostatni zryw, lawirowanie między trawnikami i jestem! Tuż za mną wpada Paweł. Pruszków jest nasz!
Nie wiem jakie mam tętno, kiedy tak stoję, sędziowie w międzyczasie spsują nasze numery. Za nami ustawia się kolejka nowo przybyłych: Hania, Mirek, Agnieszka, Sebastian. Wszyscy mamy jeden czas, 5.59, a więc - minuta! O mały włos... a przecież tyle tych minut traciliśmy po drodze! Oddaję kartę, nie wiem, czy coś na niej widać, podaję spisane na mapce czasy.
Zjawia się Monika - już przebrana, umyta i czysta, okazuje się, że wygrała na trasie "fun" (średniej) w kategorii kobiet. Czeka nas przyjemna chwila - dekoracja, tombola z nagrodami, a potem zwiedzanie Toru Kolarskiego. Przyznaję, że lepszego miejsca na zakończenie organizatorzy nie mogli wybrać. Podziwiam profil toru, gdzie na wirażach wjeżdża się na niesamowicie strome ścianki. Chciałabym kiedyś zobaczyć na żywo zawody na torze. Cały obiekt tchnie nowością, pomimo śladów bloków w niektórych miejscach na miękkim drewnie.
Tak zakończył się Waypointrace 2009. Skończyła się walka w błocie, zimno, przemoknięcie i głód. A przecież w pamięci pozostaną te rzeczy pozytywne - radość z odnalezienia każdego waypointu, nowe znajomości, niepowtarzalne uczucie mijania mety, słońce, które na koniec pokazało się na chwilę. Do zobaczenia za rok!
Ula Wojciechowska
powrót






















