Relacje

Poprzednie edycje

Relacja Marcina Koseskiego

WaypointRace 2009

Są takie moment w życiu każdego faceta kiedy to za wszelką cenę trzeba udowodnić sobie, że się potrafi. W przeciwnym wypadku nadszarpnięte ego gryzie niczym strapione sumienie. Taką rysą na ego był mój start w zeszłorocznym Waypoinrace. Wolę nie przypominać co się wtedy działo,  choć jeżeli bardzo chcecie się dowiedzieć odsyłam do swojej zeszłorocznej relacji. Ale do rzeczy...

W Waypointrace 2009 planowałem jechać samemu. Chciałem bez niczyjej pomocy zmierzyć się z trasą. Na starcie zjawiłem się tuż przed 10. Starałem się by moja twarz nie zdradzała myśli jakie kotłują się w mózgu, chciałem sprawiać wrażenie pewnego siebie. Jak się okazało sprawiałem inne wrażenie - świadczy o tym komentarz jaki usłyszałem pod swoim adresem. Brzmiało to mniej więcej tak: "wyglądasz jakbyś właśnie wstał". Nie przejąłem się tym zbytnio. Myśli zaprzątało mi najważniejsze postanowienie na ten start: "najpierw myśli, potem jedź". Tak wiem, tak powinno być zawsze podczas jazdy a orientację jednak miewałem z tym problemy. Rozmyślania przerwał wyjazd na rundę honorową. Szybki przejazd przez miasto i już jesteśmy w  strefie startu, a w rękach trzymamy rozdane przez organizatorów mapy. Rozłożenie punktów kontrolnych było bardzo ciekawe - nie można było jednoznacznie stwierdzić w jakiej kolejności najlepiej je zaliczać (mowa cały czas o punktach kontrolnych). Zaznaczyłem na mapie planowaną trasę i byłem już gotowy do startu. W międzyczasie zdecydowałem, że jednak pojadę wspólnie z Mandim.

Na początek planowaliśmy pojechać skrótem przez bloki. Trudno stwierdzić czy to się opłaciło bo wyjechaliśmy na drogę w środku peletonu. Podpięliśmy się pod grupę zmierzaliśmy w stronę PK12 oznaczonego jako "samotne drzewo". Droga wiodła asfaltem, tempo było nie za wysokie co zamierzałem wykorzystać aby dobrze się rozgrzać.

"Na rondzie prosto" - upewniająco pytam Mandiego.

"Tak prosto, jedź tak jak grupa" - usłyszałem w odpowiedzi. Przez moment pomyślałem co jeśli grupa pojedzie inaczej. "Ale to przecież nie możliwe, przecież znam tą drogę na pewno jedziemy prosto" - uspakajałem się w myślach. Wjeżdżamy na rondo i... grupa skręca, my oczywiście prosto. Przez myśl przeleciało mi kilka słów, których nie będę tu powtarzał. Wrzucam twardszy bieg i gnamy do punktu... przynajmniej mamy taką nadzieję, że kierunek tego gnania jest właściwy. Okazało się, że był. Przy drzewie meldujemy się równo z grupą. Mandi perforuję kartki ja oglądam mapę i na końcu wspólnie ustalamy którędy teraz. Według planu wypada PK8 - "ambona myśliwska" w Suchym Lesie. No to jazda. Wyprzedzamy kilku zawodników i... zapomniałem gdzie skręcić. Zatrzymywać się i sprawdzać czy ryzykować? Oj, przydałby się mapnik... Ryzykujemy. Wybieramy sporą dróżkę mając nadzieję, że zaraz się nie skończy. Udało się dojechaliśmy do dobrze znanego niebieskiego szlaku. Ze szlaku trzeba skręcić w prawo i jesteśmy na miejscu. Tylko gdzie to prawo? Tu czy może za 100 metrów? Może jeszcze dalej? Odpowiedzi na pewno udzieliłaby mapa. Szkoda tylko, że jest ona w plecaku. Skręcamy tam gdzie kilku zawodników przed nami. Ścieżka prowadzi na polanę gdzie naszym oczom ukazuję się ambona, lampionu nie widać. Okazał się być na górze. Według planu następnie kierujemy się do Walendowa na PK1 czyli krzaki nad jeziorkiem. No to dalej szlakiem, potem prosto asfalt, później w prawo. Gdzieś tam w prawo - dokładniej i tak nie zapamiętam. Wskakujemy na rowery, przelatujemy przez kilka kałuż z błotkiem. Woda chlapie, opony się lekko ślizgają - jest super. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że takie "super" czeka nas przez większość wyścigu. Po drodze doganiamy zawodnika z numerem 136. Jako, że nie pamiętamy gdzie skręcić jedziemy za nim. Bez problemów docieramy do jeziorka. Widać punkt jak się zapewne domyślacie jest po drugiej stronie. Przez wodę czy przez pokrzywy na około? Wybieramy tę drugą możliwość. Później kierujemy się do Kań na PK2 - miejsce ogniskowe. Większość trasy prowadzi asfaltem. Wrzucamy blaty i pędzimy już w trzyosobowej grupie. Trasę znamy dobrze i po chwili meldujemy się na miejscu. Jest to nasz czwarty punkt - jak się okazuje nie było tam jeszcze nikogo z czterema zdobytymi PK. Fajne tylko presja jakoś wzrosła i atmosfera w grupie spoważniała. Nie ma czasu na zastanawianie, ruszamy do Lasu Nadarzyńskiego na PK5 "szczyt wzniesienia". Trasa wiedzie szlakiem. Powoli zaczyna padać deszcz. Po drodze mijamy kilku zawodników, którzy poszukują punktu na innym wzniesieniu. Druga górka w okolicy? A podobno Mazowsze jest takie płaskie. Docieramy do celu. Teraz na PK3 - "ruiny domu". Trasa wiedzie w większości szlakiem. Tu popełniamy pierwszy błąd. Będąc w pobliżu PK zauważamy jakiś stary dom. W ferworze walki nie zdziwiło nas, że to miejsce ni jak nie pasuje do zaznaczonego na mapie. W domu ciemno i nie ma lampionu. No dobra, to nie tu ale przecież nie widać tu żadnych innych ruin. Wracamy. Na właściwy trop naprowadził nas jakiś inny zawodnik wyprowadzający rower z krzaków. Zaglądamy tam i jest. Okazało się, że ruiny "trochę" zarosły. Szkoda, bo straciliśmy tu kilka cennych minut. W międzyczasie  rozpadało się konkretnie. Kolejny punkt znajduje się w Lesie Młochowskim. Jest to PK6 czyli pozostałości po mrowisku. Gdy wyjechaliśmy na asfalt okazało się, że nie da rady jechać "na zmianach". Strumienie wody wychlapywane do góry uniemożliwiały wejście na koło. W lesie spotykamy kolarza, który jak się potem okazało wygrał zawody. Od razu widać było klasę zawodnika. A właściwie nie od razu bo najpierw spojrzałem na jego rower: czarny Santacruz z białym Fox’em - sprzęt marzenie. Ale wracając do zawodnika. Wyjechał z... znienacka i pojechał do celu czyli do punktu kontrolnego. Potem zniknął. To znaczy podejrzewam, że pojechał dalej, przecież się nie teleportował. Wiem, że patrząc na jego czas to nie jest takie pewne. Zdobywamy punkt i kierujemy się niebieskim szlakiem na kolejny. Jest to PK9 umieszczony koło jednostki wojskowej. Prowadzi tam kilka dróg. Pytanie tylko, z której strony jest punkt. Odpowiedź brzmi: "z przeciwnej". Teraz to wiem, wtedy niestety nie. Zaatakowaliśmy od zachodu. Jednostka się znalazła. Rozdzieliliśmy się. Ja udałem się w lewo, kolega z numerem 136 w prawo, a Mandi został z rowerami. O tym jak bardzo po przeciwnej strony był punkt świadczy fakt, że od usłyszenia magicznych słów "jest punkt" do powrotu kolegi 136 minęło z 5 minut. Potem kolejne 5 minut, żeby tam doszedł z kartami do perforacji i kolejne 5 na powrót. Ja w międzyczasie próbowałem zrobić coś z przednim hamulcem, który kompletnie odmówił posłuszeństwa. Na nie wiele się to zdało ponieważ klocki hamulcowe dokonały żywota. W sumie nie ma się co temu dziwić, nowe nie były, a błoto nie raz sięgało do tarczy co przyspieszyło zużycie. Z jednym hamulcem ruszam do Turczynka na PK4 - "drzewo na tyłach budynku". Dobrze wiem gdzie to jest, nie bardzo wiem za to gdzie jestem. Ilość deszczu jaki spadł zmusza nas do obrania trasy asfaltowej. Tam też kałuże są nie płytkie. Na miejsce docieramy bardzo szybko. Punkt znajduje się na terenie kompleksu starych budynków. Rozdzielamy się lecz po chwili słyszę triumfalny okrzyk "jest". Perforujemy karty, zjadamy kawałek czekolady i jazda dalej. Teraz kierujemy nasze rowery do Józefowa nad kanał niedaleko jego ujścia do Utraty. Długi odcinek asfaltem ale za to w deszczu i pod wiatr. Później wjeżdżamy w polną dróżkę. Jest trochę błota często głębokiego. Jadę pierwszy, jednak po chwili okazuje się, że nikogo za mną nie widać. Zwalniam, potem się zatrzymuję, a nawet zawracam.  Pojawia się kolega 136 i woła, że Mandi miał glebę. Wracam. Okazało się, że jedna z kałuż była głębsza niż by się wydawało no i Mandi zaliczył piękne OTB. Tak wiem, "Piękne" to pojęcie względne. Parę poprawek w rowerze i ruszamy. Bilans strat mówi, że zostało nas dwóch na placu boju, dysponujemy dwoma rowerami i resztką mapy - nie jest źle. Tylko resztką, bo moja pod wpływem wody w plecaku zwinęła się w kulkę i bardziej przypomina globus. Po przedarciu się przez mokre krzaki dostajemy się nad kanał. Z daleka widać też lampion. Perforujemy i w karcie powstaje jedna dziura, jedna ale za to duża. Mokry papier to nie M&M’Sy - rozpływa się u dłoni. Ruszamy do kolejnego punktu zastanawiając się jak długo czynna jest meta. Nie wiemy czy aby zdążyć nie trzeba będzie ominąć jednego punktu. Teraz naszym celem jest pień nad Utratą w miejscowości Krosna-Parcela czyli PK10. Pozostałości mapy niejednoznacznie mówią gdzie to jest. Schodzimy nad rzekę za wcześnie. Szukamy, szukamy aż nadjeżdża inny zawodnik. Jedziemy za nim i trafiamy na punkt. Upewniamy się też, że zostało nam jeszcze sporo czasu zanim zacznie się naliczanie kar za spóźnienie. Ostatni punkt ulokowany jest w Parzniewie. Są to pozostałości ogniska w kępie drzew. Miejsce jak mi dobrze znane - nieraz byłem tam na ognisku. Później tylko kilka kilometrów przez miasto i jest meta. Bez przedniego hamulca nie ryzykuję finiszowania przez miasto i wjeżdżam na metę za Mandim.

Jak się okazuje wystarczyło to na 14 miejsce w Pro. Postęp jest, więc jestem bardzo zadowolony. Co do pogody - była super, nie wiem gdzie organizatorzy mieli znajomości, że załatwili taką piękną ulewę. A w następnym roku też wystartuje i oby padało jeszcze mocniej. Do zobaczenia na Waypoinrace 2010.

Marcin Koseski

powrót

Wystartowało

495
Zawodniczek i Zawodników
Zobacz wyniki

Facebook

Puchar Polski

Wyścig w kategorii PRO wchodzi w skład:
Puchar Polski w Maratonach Rowerowych na Orientację
Powered by ENo